Swoją przygodę z gliną zaczęłam w 2017 roku. Wtedy właśnie rozpoczęłam naukę na Uniwersytecie Ludowym Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej. Od początku wiedziałam, że jednym z ważniejszych dla mnie zajęć, na których się skupię będzie ceramika. Od razu wiedziałam także jaka będzie moja praca dyplomowa – rzeźby a właściwie popiersia kobiet „cztery żywioły”. Nie mam pojęcia jak narodził się ten pomysł w mojej głowie, po prostu byłam pewna, że taką pracę wykonam na koniec i tak też zrobiłam 😊.
Jako, że nie miałam najmniejszego pojęcia jak wygląda proces wykonywania rzeźby ceramicznej bardzo rozbawił mnie fakt, że tak skrupulatnie ulepioną głowę muszę rozciąć na pół… Potem wyciągnąć ze środka nadmiar gliny, pozostawiając możliwie cienkie ścianki w całej formie. Na koniec tak okrutnie potraktowaną głowę należało ponownie złożyć (skleić gliną) i zamaskować miejsce łączenia obu połówek. Nie obyło się bez problemów i do teraz zawsze jest to najtrudniejszy etap podczas wykonywania rzeźb.
Nie miałam żadnej wiedzy w kwestii proporcji twarzy, tego jak powinno się wykonywać poprawnie choćby oko! Nie jest to ani trochę proste, oczy nos, usta… wszystko okrutnie dużo czasu zajmowało mi na początku, do teraz jest to dla mnie trudny etap podczas lepienia. Nadal lepię „po swojemu”, pewnie niejedna osoba po rzeźbie wytknęłaby mi zaburzenia proporcji itp., ale osobiście uważam, że dzięki temu moje głowy mają swój charakter i widać w nich „moją rękę”.
Na szczęście pierwsza głowa przetrwała wypał co mnie bardzo ucieszyło. Samo ulepienie to jedno, wydrążenie środka i ponowne połączenie rzeźby w całość to drugie, należy jednak mieć cały czas na uwadze, że trzeba robić wszystko na tyle delikatnie i uważnie by nie zamknąć powietrza! O tym podstępnym pęcherzu powietrza przekonałam się podczas lepienia drugiej głowy a dokładnie „żywiołu wody”. Dokładając usta zamknęłam powietrze i głowa wyszła z pieca bez ust, nosa i policzka. Powietrze chcąc się wydostać podczas wzrostu temperatury w trakcie wypału, niestety powoduje wybuch w miejscu, gdzie zostało zamknięte. Konsekwencje są okropne, niestety często odłamki uszkadzają w piecu sąsiednie prace.
Bardzo przykra sprawa, zwłaszcza że była to pierwsza tak szczegółowa głowa i jej lepienie zajęło mi łącznie około 20 godzin… Ale trudno nawet taka uszkodzona miała swój urok i ostatecznie trafiła do lekarza, który jest kolekcjonerem sztuki i do dziś zajmuje u niego w domowej galerii szczególne miejsce.
Taki wypadek jest ważną lekcją na przyszłość, niestety na błędach człowiek się uczy najlepiej co nie oznacza, że już nigdy żadna głowa nie wybuchła w trakcie wypału.
Nowy żywioł wody jeszcze bardziej dopieszczony dla odmiany ucierpiał podczas drążenia. Nie zawsze glina jest dostatecznie zdębiała (podsuszona, ale nadal plastyczna) podczas wyciągania gliny ze środka formy. Czas mnie gonił, głowa dwa dni podsychała a mimo tego czasu, glina wciąż pozostawała bardzo plastyczna. Zjazd w szkole dobiegał końca, trzeba było drążyć rzeźbę – co też uczyniłam. Wszystko pięknie poskładałam w całość dlatego tak bardzo bolał fakt, że pusta już w środku szyja nie utrzymała ciężaru głowy. Tak oto moja trzecia wykonana w życiu głowa z gliny ucierpiała.
Brak szyi i ramion jednak nie dokonał takiego spustoszenia, żeby głowa nadawała się do kosza. Na samej szyi dumnie prezentująca się głowa wodnej nimfy szczęśliwie przetrwała wypał zarówno na biskwit jak i na ostro i co ciekawe trafiła do tego samego domu co jej pierwowzór 😉. Również ma szczególne miejsce w galerii Pana Henryka. Całe szczęście trzecia głowa w morskim klimacie w pełni przetrwała lepienie, drążenie i oba wypały.
Pozostałe popiersia, czyli żywioł ziemi, powietrza i ognia również bez przygód przetrwały wszystkie etapy tworzenia.



